26 grudnia 2010

Dobry kierowca, czyli kto? Część druga

Kierowcy mogą być kiepscy, przeciętni, dobrzy i doskonali, podobnie jak muzycy czy tancerze. We wszystkich tych dziedzinach, aby osiągnąć wysoki poziom, potrzebny jest odpowiedni warsztat, znajomość teorii i technika. I tak, jak od brzdąkania przez dwadzieścia lat na pianinie nie staniemy się Krystianem Zimermanem, tak nawet i duża liczba przejechanych kilometrów nie oznacza, że jesteśmy dobrymi kierowcami. Aby jeździć naprawdę dobrze, trzeba się tego nauczyć. A aby się czegoś nauczyć, zawsze trzeba najpierw zdefiniować cel, do którego dążymy. No więc zdefiniujmy – co to znaczy jeździć dobrze?

Od zdania egzaminu na prawo jazdy do poziomu mistrzowskiego wiedzie daleka droga. Wirtuozami na miarę Zimermana zostają nieliczni, jednak solidnym „muzykiem sesyjnym” zostać może prawie każdy. 

Większość kierowców nie zdaje sobie sprawy z przepaści dzielącej ich własną jazdę (którą uważają za co najmniej dobrą), od umiejętności, które posiadają najlepsi. Tę przepaść dobrze ilustruje poglądowy wykres z książki Mind Driving Stephena Haleya:

Etapy edukacji kierowcy – Stephen Haley, "Mind Driving"
. 
Typowy kierowca znajduje się w trzecim stadium z wykresu, czyli, w wolnym tłumaczeniu, należy do „dominującej większości, która utknęła w koleinach swoich przyzwyczajeń”. Kierowca-wirtuoz to etap najwyższy – taki człowiek umiejętnościami przerasta przeciętnego automobilistę w stopniu, którego większość ludzi nie potrafi sobie wyobrazić. W Polsce osób o takich umiejętnościach, na kilkanaście milionów kierowców, jest może kilka tysięcy.

Najlepszych kierowców charakteryzują zrelaksowana koncentracja, uważna obserwacja i bezbłędna ocena ryzyka. Charakteryzuje ich także pozbawiony kompleksów szacunek dla innych uczestników ruchu, ciągłe analizowanie własnych błędów i uczenie się. Posiadają oni dogłębną znajomość zarówno litery, jak i ducha przepisów ruchu drogowego. Efektem końcowym jest brak wypadków – nie tylko z własnej winy, ale brak wypadków w ogóle.

W cywilizowanym kraju, na drogach publicznych, właśnie tę ostatnią kwestię – bezwypadkowość – należy uznać za wyznacznik tego, kto jest dobrym kierowcą, a kto nie. Styl, w jakim osiąga się bezwypadkową jazdę, odróżnia „wirtuoza” od „muzyka sesyjnego”, ale nie zmienia to zasadniczego celu, który powinien nam przyświecać, jeśli chcemy móc nazywać się dobrym kierowcą: jeździć tak, aby nigdy nie mieć wypadku, ani z własnej, ani z cudzej winy. Jak to osiągnąć? Potrzebne do tego składniki zdefiniujemy stopniowo, zaczynając od postaw.


Odpowiednie nastawienie psychiczne za kierownicą

Na odpowiednie nastawienie mentalne dobrego kierowcy składają się co najmniej trzy elementy.


Postawa „w każdej sytuacji najważniejsze jest bezpieczeństwo”

We współczesnym ruchu drogowym do rzadkości należą sytuacje, w których jesteśmy na drodze sami. Dlatego w razie błędu za kierownicą, konsekwencje zazwyczaj będą dotyczyć nie tylko nas, ale i innych osób. Nikt nie dał nam moralnego prawa, aby ryzykować czyjeś zdrowie i życie, i dlatego zachowanie bezpieczeństwa powinno stanowić fundament naszych zachowań drogowych.

Odpowiednia postawa za kierownicą to oznaka szacunku wobec innych ludzi. Skoro poza samochodem, robiąc coś potencjalnie niebezpiecznego, staramy się przede wszystkim nie zrobić nikomu krzywdy, to dlaczego również za kierownicą nie robimy z tego naszego priorytetu? Skoro poruszając się na piechotę, nie rozpychamy się, nie potrącamy, nie straszymy – dlaczego za kierownicą nie postępujemy tak samo?

Odpowiednie nastawienie mentalne – przyjęcie, że bezpieczeństwo jest najważniejsze – w niezauważalny sposób wpłynie na wszystkie nasze decyzje i zachowania. Okaże się, że przy praktycznie tym samym tempie przemieszczania się, sytuacje niebezpieczne zdarzają nam się niepomiernie rzadziej, a inni użytkownicy drogi, zamiast wygrażać pięściami, po spotkaniu z nami na drodze podnoszą rękę w geście podziękowania. Zrobimy wtedy pierwszy krok w kierunku profesjonalizmu za kierownicą.


Branie na siebie odpowiedzialności

Uciekanie od odpowiedzialności za własne czyny poprzez zrzucanie winy na innych jest częstą cechą przeciętnych kierowców. „To jego hamowanie było bez sensu – dlatego w niego uderzyłem”, „jechał za wolno, więc musiałem go wyprzedzić i mój wypadek przy wyprzedzaniu to jego wina”, „w Polsce nie ma autostrad, więc muszę jeździć szybko po zwykłych drogach”.

Po pierwsze, warto się nauczyć ignorować kwestię winy (w sensie prawnym i etycznym) dlatego, że nawet jeśli wypadek przydarzy się nam z cudzej winy, to i tak będziemy musieli żyć z jego konsekwencjami. Może uszkodzonym autem, może utraconym zdrowiem, a może świadomością, że ktoś na naszych oczach zginął.

Przede wszystkim jednak zauważmy, że zrzucając odpowiedzialność za prawidłowy przebieg wydarzeń na innych, oddajemy im tym samym kontrolę nad sytuacją – bo skoro to oni mają coś w danej sytuacji zrobić, to nie ma już miejsca na nasze działania i decyzje. Jest UŻYTECZNE, aby spróbować wziąć na siebie odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się wokół naszego pojazdu, w ten sposób bowiem sami dajemy sobie nad tymi wydarzeniami kontrolę. To psychologiczna sztuczka, która wywraca do góry nogami podejście do prowadzenia samochodu.


Czy możemy kontrolować to, czy kierowca auta czekającego w drodze podporządkowanej nie wjedzie nam prosto pod koła? Nie, ale WEŹMY NA SIEBIE ODPOWIEDZIALNOŚĆ za to, aby mimo to było bezpiecznie. Możemy przecież kontrolować własną reakcję na taką sytuację. Możemy się odsunąć; możemy pojechać szybciej albo wolniej i w ogóle się z tym pojazdem nie spotkać. Możemy świadomie wpuścić go przed siebie, aby wyeliminować możliwość kolizji.

Wzięcie na siebie odpowiedzialności jest obciążeniem dla kierowcy, ale jednocześnie daje do ręki potężne narzędzie – wolność kształtowania sytuacji drogowej tak, aby rozwijała się ona zawsze po naszej myśli.



Jak dochodzi do wypadków? Trochę teorii

Ryzyko wypadku to funkcja prędkości, stopnia zaskoczenia i ilości wolnego miejsca

Ten model ryzyka drogowego, pochodzący ze wspomnianej książki Stephena Haleya, uświadamia, jakie czynniki przybliżają lub oddalają nas od wypadku.

Model ryzyka drogowego – Stephen Haley, "Mind Driving"
.
Zgodnie z modelem, im większa prędkość i im większe nasze zaskoczenie danym wydarzeniem, tym większe prawdopodobieństwo wypadku, a im więcej miejsca między nami a innymi obiektami, tym ryzyko wypadku jest mniejsze. W miarę jak ilość miejsca oddzielającego nas od innych obiektów zbliża się do zera, prawdopodobieństwo wypadku coraz bardziej zamienia się w pewność. Jeśli miejsca zabraknie, mamy do czynienia z kolizją.

O prędkości powiedziano już chyba wystarczająco wiele, ale dlaczego element zaskoczenia jest taki ważny? A czy można sobie wyobrazić wypadek, którego od dłuższej chwili się spodziewaliśmy? Nie – sytuacje wypadkowe zawsze i z definicji są wynikiem czyjegoś zaskoczenia: wydarzyło się coś, czego ktoś nie przewidział i dlatego nie zdążył się na to przygotować. Tu kryje się więc jeszcze jeden klucz do bezpiecznej jazdy – należy jechać tak, aby nic nie zdołało nas zaskoczyć i abyśmy z góry przewidzieli wszystkie potencjalnie niebezpieczne sytuacje. Wówczas z definicji prawdopodobieństwo wypadku maleje prawie do zera.


Części składowe wypadku

Rozłóżmy sytuację wypadkową na części pierwsze. Każdy wypadek z naszym udziałem wiąże się z kolizją pomiędzy nami a jakiegoś rodzaju obiektem znajdującym się na drodze. Tym obiektem może być drzewo, ogrodzenie, rów, inny pojazd, pieszy czy rowerzysta. Są to bardzo różne obiekty, a łączy je tylko to, że nie mamy na nie bezpośredniego wpływu. Drzewa stoją przy drodze, czy tego chcemy, czy nie. Uczestników ruchu możemy informować lub ostrzegać o swoich poczynaniach, ale nie mamy gwarancji, czy ich reakcja będzie zgodna z naszymi oczekiwaniami.

Skoro więc nie mamy wpływu na drzewo, mur, czy inny pojazd, to z tymi elementami niewiele możemy za kierownicą zrobić. Jednak w każdej możliwej kolizji jest też zawsze drugi element, który z kolei mamy pod całkowitą kontrolą – to my sami. Jeśli tak pokierujemy swymi działaniami, aby kolizja się nie wydarzyła, to kolizja nie nastąpi.

Zrozumienie, że połowa sytuacji wypadkowej znajduje się pod naszą całkowitą kontrolą, to kolejny fundament bezpiecznej jazdy. Jesteśmy wolni i ZAWSZE mamy możliwość podejmowania decyzji dotyczących naszych działań na drodze. Jesteśmy podmiotem, a nie przedmiotem sytuacji drogowej. Jeśli chcemy, możemy tę sytuację współtworzyć i doprowadzić do tego, aby była ona dla nas bezpieczna.

Znaleźliśmy więc kolejny element układanki – ponieważ mogę wpływać na własne działania, to mam kontrolę. I tylko od moich decyzji zależy, czy będę uczestniczył w kolizji, czy nie.


Zdefiniowaliśmy więc trzy fundamenty bycia dobrym kierowcą…

  1. Odpowiednia postawa, kładąca nacisk na bezpieczeństwo, jest kamieniem węgielnym właściwych decyzji za kierownicą.
  2. Prawidłowe decyzje będę mógł podjąć jeśli przewidzę, co wydarzy się na drodze, i nic nie będzie mnie zaskakiwać. Decyzje te powinny dotyczyć mojej prędkości i ilości przestrzeni oddzielającej mnie od innych obiektów. Jeśli prędkość i ilość wolnego miejsca zawsze będą właściwe, nie zdarzy mi się wypadek.
  3. Sytuacja wypadkowa składa się zawsze z dwóch obiektów. Na jeden z tych obiektów nie mam wpływu, ale drugą ze stron uczestniczących w wypadku zawsze jestem ja sam. Mogę podjąć odpowiednie działania, w krytycznym momencie być w bezpiecznym miejscu, i do wypadku nie dojdzie.

Jak jednak przewidzieć, co się wydarzy? Jak zdecydować, co da mi bezpieczeństwo? Jak uzyskać kontrolę nad sytuacją drogową? Składają się na to wnikliwa obserwacja drogi i przewidywanie na tej podstawie możliwych wydarzeń, podjęcie trafnych decyzji, jak zareagować na to, co przewidzieliśmy, oraz poprawne wykonanie tych decyzji.


Wnikliwa obserwacja drogi

Aby móc przewidzieć, co się stanie, musimy najpierw odpowiednio obserwować drogę i umieć zidentyfikować miejsca i sytuacje potencjalnie niebezpieczne. Wiedząc, które miejsca mogą być niebezpieczne i na czym polega potencjalne zagrożenie, możemy świadomie dostosowywać do nich swoją prędkość i pozycję na drodze.

Miejsca potencjalnie niebezpieczne to wszystkie elementy środowiska drogowego, które mogą wymusić na nas zmianę kierunku lub prędkości jazdy, a więc na przykład:
  • zakręty
  • skrzyżowania
  • wzniesienia, spadki
  • zmiany nawierzchni
  • przejścia dla pieszych
  • zagrożenia, o których uprzedzają znaki ostrzegawcze
  • rowerzysta jadący poboczem
  • mgła, ostre słońce, deszcz i inne czynniki atmosferyczne
  • dzieci w okolicach drogi
  • i wiele innych.


Dobry kierowca bierze pod uwagę wszystkie takie czynniki – odpowiednio wcześnie je wykrywa i zawczasu na nie przygotowuje.

Przewidzieć i odpowiednio przygotować się można na wszystkie sytuacje drogowe poza tymi wywołanymi przez przypadek. Takie sytuacje występują na przykład gdy ktoś zasłabnie za kierownicą i w nas wjedzie, albo gdy np. wybuchnie nam opona. (Takie, losowe przyczyny powodują jedynie drobny ułamek wypadków, np. w Polsce w 2009 r. - około 1,5% ogólnej ich liczby.) 

A więc – podczas jazdy musimy aktywnie szukać wszystkich miejsc i sytuacji, które mogą wymagać od nas zmiany kierunku lub prędkości. Należy patrzeć bardzo daleko, dzięki czemu damy sobie czas na wczesne rozpoznanie zagrożenia i odpowiednie do niego przygotowanie. Na niektórych drogach można patrzeć i planować nawet minutę do przodu, a objęcie przewidywaniem najbliższych 5-10 sekund jest możliwe prawie wszędzie. Skuteczna obserwacja drogi będzie przedmiotem osobnego artykułu.


Podjęcie i wykonanie decyzji

Jak powiedzieliśmy, dobry kierowca nie tylko obserwuje, ale też REAGUJE na to, co zaobserwował. Bierze sprawy w swoje ręce, aby utrzymać kontrolę nad sytuacją. Nie zostawia tej kontroli w rękach innych, bo stałby się bezbronny.

Dla każdego jest rzeczą oczywistą, że warunki na drodze ulegają zmianom. Pojawiają się zakręty, miejsca uczęszczane przez pieszych, zmienia się nawierzchnia i widoczność drogi. Jakimi środkami dysponuje kierowca, aby zareagować na te zmienne warunki? Przede wszystkim są to pozycja na drodze (zmiana pasa, odsunięcie się lub przysunięcie do pobocza) oraz prędkość. Można jeszcze wymienić odpowiedni dobór biegu i użycie świateł (np. drogowych).

I tymi środkami – głównie pozycją na drodze i prędkością – należy się posługiwać, ilekroć obserwacja dostarczy nam informacji o potencjalnym zagrożeniu przed nami. O ile na współczesnych, zatłoczonych drogach nie mamy wielkich możliwości, jeśli chodzi o manipulowanie pozycją samochodu (i jest to też dyskusyjne w świetle przepisów), to jak najbardziej możemy modyfikować prędkość. I właśnie ona jest kluczem do dobrego prowadzenia.

Jak ocenić kierowcę, który kilometrami jedzie ze stałą prędkością (obojętne, czy jest to 70 km/h, czy 140 km/h), mijając skrzyżowania, wzniesienia, pieszych, rowerzystów, miejsca o bardziej i mniej intensywnym ruchu? Jak zareagował na potencjalne zagrożenia, które napotkał na swojej drodze? Dobrego kierowcę od przeciętnego odróżnia świadome różnicowanie prędkości w zależności od sytuacji, w której aktualnie się znajduje. Bo dobry kierowca nie pozostaje bezczynny. Zidentyfikowawszy zagrożenia – zabezpiecza się przed nimi, używając dostępnych sobie środków.

Jeśli w danej chwili zawsze będę tam, gdzie jest bezpiecznie i będę poruszać się z taką prędkością, która zapewni mi bezpieczeństwo – nigdy nie przydarzy mi się wypadek. Mogę kształtować własny los, i tylko ode mnie zależy, czy w krytycznym momencie znajdę się w miejscu kolizji, czy może będę kilka metrów bliżej lub dalej.


Podsumowanie

Doszliśmy więc do dość zaskakującego wniosku: ponieważ kierowca podczas jazdy dysponuje tak naprawdę tylko dwoma narzędziami – pozycją na drodze oraz prędkością, dobre prowadzenie samochodu sprowadza się do takiego posługiwania tymi narzędziami, abyśmy w każdej możliwej sytuacji uniknęli wypadku. Aby to było możliwe, potrzebne nam są:
  • Odpowiednie nastawienie psychiczne: położenie nacisku na bezpieczeństwo i świadome wzięcie na siebie odpowiedzialności za wszystkie wydarzenia, w których uczestniczymy, aby dać sobie kontrolę nad sytuacją.
  • Wnikliwa obserwacja, umożliwiająca wczesne przewidywanie tego, co może się wydarzyć i zaplanowanie odpowiednich działań zabezpieczających w postaci odpowiedniego dostosowania pozycji i prędkości na drodze.
  • Wykonanie tych działań, zanim dotrzemy do miejsca potencjalnie niebezpiecznego.


Tak więc dobry kierowca niczego nie pozostawia przypadkowi. Wie, że jeśli zechce, może świadomie współtworzyć sytuację drogową i w ten sposób zapewnić sobie bezpieczeństwo. Na drodze działa świadomie i z premedytacją i zawsze kontroluje potencjalne skutki działań swoich i innych uczestników ruchu.

Czy to wyczerpuje definicję dobrego kierowcy? Nie. Pominęliśmy kwestie takie jak płynność i komfort, technika jazdy, dbanie o kondycję samochodu, pozycja za kierownicą, i wiele innych. Umyślnie skoncentrowałem się na zagadnieniach, które w polskim dyskursie na temat prowadzenia samochodu są praktycznie nieobecne.

Poza tym, nie ma jednej definicji „dobrego” czy „doskonałego” kierowcy. Tak jak wśród wybitnych muzyków znaleźć można wirtuozów zarówno fortepianu, jak i gitary, tak wśród kierowców nie ma jednego zestawu umiejętności określającego kierowcę idealnego. Nieco inne kompetencje musi posiadać kierowca specjalizujący się w jeździe ochronnej, inne – policyjny specjalista od pościgów, a jeszcze inne – motocyklista. Jednak podstawowe zasady dobrej jazdy, podobnie jak zapis nutowy w świecie muzyki, zawsze pozostają niezmienne.

-----

W artykule, poza własnymi przemyśleniami na temat bezpiecznej jazdy, opierałem się na tezach zaczerpniętych z książęk Mind Driving Stephena Haleya (www.skilldriver.org, ISBN 1873371160) oraz Driver’s Handbook Dona Palmera (www.donpalmer.co.uk), a także z serwisów internetowych www.ridedrive.co.uk i www.telegraph.co.uk/motoring/2730814/Ask-Ripley-archive.html, instruktażowych płyt DVD wydanych przez www.driving4tomorrow.com oraz innych źródeł.

Tagi: bezpieczna jazda, technika jazdy samochodem, doskonalenie techniki jazdy, ryzyko, jazda defensywna, obserwacja drogi, przewidywanie, postawa za kierownicą, teoria wypadku drogowego, dobry kierowca, doskonalenie umiejętności za kierownicą, jak jeździć bezpiecznie, bezpieczeństwo ruchu drogowego, BRD

5 komentarzy:

  1. Cóż, długa droga jeszcze przede mną...

    Odnośnie reagowania na potencjalne zagrożenia przy pomocy regulowania prędkości (w domyśle - w dół) - póki co, na polskich drogach to daremny trud. Rzesza ludzi, którzy uważają, że ich czas jest cenniejszy niż mój, skutecznie niwelują chociażby odruch utrzymywania bezpiecznej odległości od poprzedzającego pojazdu. (Dla przypomnienia - 2-3 sekundy od poprzedzającego pojazdu = jedna octavia z kratką, jeden dostawczak i może jeszcze pan na skuterze się zmieści, o ile się nie wywali.) Jak sobie radzić z wszechogarniającym wk.rwiem po 5 minutach jazdy defensywnej? O tym bardzo chętnie bym przeczytał (serio, bez złośliwości).

    OdpowiedzUsuń
  2. Celna uwaga. Jeśli chodzi o wskakiwanie innych pojazdów w odstęp przede mną - mnie osobiście w ogóle to nie irytuje. Bo jaka to dla mnie strata? Powiedzmy, że mam do przejechania 100 km poza obszarem zabudowanym. Na całym dystansie utrzymuję odstęp 2 sek. Przy dynamicznej (ale przepisowej) jeździe, ile pojazdów może mnie wyprzedzić na takim odcinku? Powiedzmy, że 30. Jeśli każdy z nich wjedzie przede mnie i skróci mój odstęp do 1 sek, za każdym razem zdejmę na moment nogę z gazu i z powrotem zwiększę odstęp do 2 sek. (czyli dodam do niego sekundę). Ile czasu straciłem podczas całej podróży? 30 sekund. Moim zdaniem nie ma sensu się denerwować. Podobnie można sobie radzić z innymi potencjalnie irytującymi zachowaniami. Oczywiście czasem ludzie robią na drodze bardzo głupie rzeczy, ale jeśli powiem sobie "moim celem jest mieć fun z prowadzenia samochodu, a jeśli będę się denerwował, to nici z funu" to świadomie wybieram, że nie będę się takimi rzeczami denerwował. I się nie denerwuję, a faktyczne straty są (jak wyżej) pomijalne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie nie są problemem ludzie, którzy wyprzedzają mnie na dystansie 100 km poza obszarem zabudowanym. :) Poza "obszar zabudowany" wybieram się bowiem zazwyczaj w celach rekreacyjnych, pozytywnie nastawiony do świata, a ponieważ na takim dystansie przewidywanie i tym samym planowanie czasu przejazdu mija się z celem, jadę po prostu swoim tempem i w swoim stylu, a komu wola wyprzedzać - niechże wyprzedza sobie na zdrowie.

    Dla mnie problemem jest dystans 10 km z domu do pracy, kiedy się spieszę, denerwuję, że się spóźnię, a tu oto taki buc jeden z drugim uważa, że jemu spieszy się bardziej. Problemem są ludzie, którzy nie potrafią ruszyć sprawnie na światłach - bo minuta oczekiwania "za darmo" na światłach to żadna tragedia, ale jak takich świateł po drodze mam 15, to zaczyna stresować... Oczywiście - prostą odpowiedzią jest - wyjść wcześniej i się nie spieszyć. :) Niestety, nie zawsze się tak da - a to zaśpię, a to samochód pokryje warstwa pancernego lodu, a to córka strzeli focha przy zakładaniu bucika. ;)

    Cenna jest dla mnie uwaga o "funie z prowadzenia samochodu" - tym mi bliższa, że mam nowy samochód i fun wynika już z samego faktu posiadania. :) Do tej pory irytację starałem się niwelować koncentrując na samodoskonaleniu techniki jazdy, zarówno w znaczeniu jazdy defensywnej (ocena wykonanych manewrów), jak i technice per se (przesiadłem się na benzynę po trzech latach jeżdżenia dieslem i zmiana biegu bez szarpnięcia wciąż jest wyzwaniem). W ruchu miejskim mało jest chyba miejsca na "fun z jazdy", ale chętnie spróbuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz - fun z jazdy można mieć nie tylko poza miastem. Oczywiście stanie w korku jest ekscytujące dla mało kogo, ale jeśli da się poruszać, to można sobie wymyślić różne rzeczy, które dają sporo satysfakcji. Ja osobiście lubię dawać sobie "zadanie" bardzo precyzyjnej jazdy (np. na znaku z ograniczeniem 40 jadę dokładnie 40), albo jadę tak, żeby nie dotknąć żadnej dziury w jezdni, czy jadę tak, żebym musiał jak najrzadziej używać hamulca (nie mylić z unikaniem naciskania hamulca), czy staram się wykonać wszystkie zmiany biegów bez najmniejszego szarpnięcia. To są dużo przyjemniejsze rzeczy, niż koncentrowanie się na wyczynach innych kierowców - bo zazwyczaj nie ma się czym ekscytować :).

    Późne ruszanie ze świateł faktycznie jest denerwujące. Mnie trochę pomaga obserwowanie, jak się zachowują poszczególni kierowcy - dzięki temu na kolejnych światłach przynajmniej nie jestem zaskoczony, że tylko ja ruszyłem i muszę hamować, bo wszyscy przede mną jeszcze przez 2 sek. stoją...

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne przemyślenia. Sama jeżdżę od miesiąca i staram się obserwować jak najwięcej, uczyć także od innych kierowców (od tych, od których jest co się uczyć oczywiście). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Proszę podpisywać komentarze imieniem lub nickiem - inaczej trudno prowadzić rozmowę :)